:-)

Pochwal się swoją przygodą. Napisz relację i podeślij na pasieczkin@santaclub.pl

--> Plany, projekty, przygotowania
--> Beskidy
--> Inne PL
--> Romania
--> SK
--> Ukraina
--> Europa
--> Sport
--> Grawitacyjne miejscówki
--> Z buta
Rumunia 2008

 a

 Relacja z wyprawy rowerowej do Alp Rodańskich w Rumunii  



 

 

 

1 dzień*********************

   Na własne życzenie zafundować sobie takie piekiełko !!! Zamiast siedzieć w ciepłych kaloszach i cieszyć się ambitnym repertuarem naszej telewizji, taplamy się po kolana w błotku z dodatkiem świeżutkich owczych bobków. Droga do Sacel przebiegła nam bezproblemowo. Z mała przerwa na drzemkę przed Rumuńską granica. Dotarliśmy do pensjonaciku gdzie za oplata pozostawiliśmy bryczkę. Na przełęcz Setref dojechałem z zawrotna prędkością przy pomocy pewnej ciężarówki po czym milo spędzałem czas oczekując Cichego (walczącego z podjazdem) przy małym browarku w zacisznej knajpie. Dalsza część naszej wędrówki to droga przez mękę. Mega podjazdy (czyt. podejścia), super mega zjazdy na których oszczędzaliśmy klocki hamulcowe gdyż hamowanie było skutecznie gwarantowane przez zwały błota. Ciężko opisać to gdyż z deka moje słownictwo jest ubogie a nie zabrałem ze sobą słownika wyrazów brzydkich. W każdym bądź razie dzisiaj mieliśmy najtrudniejsze warunki jakie można sobie wyobrazić w czasie wyprawy w góry. Z wielkim trudem udało nam się dzisiaj pokonać odcinek miedzy przełęczą Setref a przełęczą Pietrii jadąc czerwonym szlakiem którego lokalizacja w niektórych miejscach graniczyła z cudem. Tylko zmysł trapera pozwolił nam nie zaginąć w tej dziczy gdzie niechybnie czyhają na nas lokalne potworki (misie, wilki, żmije i dzikie baby). Oby nam jutro nie zabrakło sil i pozytywnego myślenia. Na razie w najczarniejszych snach nie przewidywaliśmy ze będzie tak ciężko. Boje się pomyśleć jak zacznie lac .....

  FOTKI

 

 

 

2 dzień*********************

   Do atrakcji dzisiejszego dnia można dodać ulewny deszcz jaki towarzyszy nam od rana. Po przejechaniu 2,5 km pod szczytem Batrana (1710 m) nasze morale było na takim poziomie iż rozbiliśmy namiot i szczekając zębami oczekiwaliśmy na poprawę pogody. Dobrze ze przynamniej wodę mieliśmy po wielkich poszukiwaniach źródełka za pomocy różczki. Fred - ciesz się ze cię nie ma !!! - prawdziwa szkoła przeżycia !!! I tak k...wa cały dzień w namiocie - mimo szczerych chęci nie da się poruszać. Pal licho deszcz, ale mgła zupełnie uniemożliwia orientacje w terenie. A zabłądzić tutaj naprawdę łatwo. Juz nie wiem na którym boku mam leżeć. Idzie zwariować. Zimno i mokro br... Cala nadzieja w jutrzejszym dniu. Mamy zamiar wstać o świcie i zaatakować Pietrosula (2305m) - w końcu musi przestać tak okropnie lać :-)

  FOTKI

 

 

 

3 dzień*********************

   Nareszcie nie pada. Po całej dobie spędzonej w namiocie byliśmy juz z deka zdesperowani i spragnieni jakiekolwiek jazdy na swoich rumakach. Zarąbiście gęsta mgła zmusza nas do skorzystania z wszelakich dostępnych nam metod orientacji w terenie. Buszujemy w tym mleku jak prawdziwi ludzie gór i kierujemy się do przełęczy Tarnita Batranai, gdzie w otoczeniu stada byków smakowicie spoglądających na czerwoną koszulkę Cichego, zatankowawszy wody, którą nie było łatwo znaleźć, spożywamy śniadanko. Obładowani wodą jak wielbłądy, ruszamy (mijając jak na złość masę źródełek) do przełęczy Tarnita La Cruce. Z przełęczy rozpoczynamy atak szczytowy na Pietrosula. Ambitnie z naszymi santusiami wspinamy się jak najwyżej, co zaowocowało małym groźnie wyglądającym incydentem. Przedzierając się przez lodowiec straciłem panowanie nad butami, z rumorem i wielkim krzykiem zaliczyłem ponad 60 m zjazd w dól. Na cale szczęście skończyło się to tylko stratami materialnymi. Wtedy zapadła wazka decyzja o pozostawieniu naszych Bullitow i części ekwipunku na grani. W alpejskim terenie w ekstremalnych warunkach pogodowych darliśmy dalej do zaplanowanego celu. Wspinając się po telewizorach docieramy na szczyt Reby (2268 m) gdzie dokonujemy delektacji super widoczkami. Po złapaniu oddechu uderzamy na Vf. Pietrosu (2303 m). Po ciężkiej walce cel został osiągnięty. Mega zadowolenie zawitało na naszych buźkach. A herbatka na tej wysokości smakuje znakomicie. Wracając juz z daleka wypatrywaliśmy czy aby jakiś Yeti nie zaopiekował się naszymi rowerkami. Docieramy na przełęcz z której wyruszyliśmy na podbój Pietrosula. Rozbiliśmy obóz. Jutro może cos nareszcie więcej pojeździmy, gdyż udajemy się w kierunku mega atrakcji - Cascada Cailor.

  FOTKI

 

 

 

4 dzień*********************

   Długo się można zastanawiać jak w kilku zdaniach opisać dzisiejszy dzien. Takiego wyrypu nie pamiętają najstarsi bikerzy. Po bardzo zimnej nocy na przełęczy Tarnita La Cruce postanowiliśmy najbliższą droga dojechać do Borsy. Wytyczyliśmy sobie drogę na mapie i nasze Santy pognaly przed siebie. Nie na długo niestety. Skróty te były droga przez mękę. Przejazd przez tropikalny las to bułka z masłem w porównaniu z tym co przeszliśmy. Powiem tylko ze ok 5 km przedzieraliśmy się ze średnią 1,1 km/h . I tylko doświadczenie w boju pozwalało nam mieć jakakolwiek nadzieje na dojechanie do celu. Potoki, bardzo strome brzegi, dziki las, gniazda żmij itp… to tylko niektóre atrakcje na naszej drodze. Życie nasze w tym czasie kilkakrotnie wisiało na włosku. Kiedyś może opowiemy to po kilku bronkach, bo nie można tego w łatwy sposób przelać w tekst. Totalnie wyczerpani dotarliśmy w końcu do Borsy, gdzie pierwszym naszym celem było zaopatrzenie się w bronka. Tak obładowani wspięliśmy się pod rewelacyjny wodospad Cascada Cailor. Robi wrażenie - woda spada z wysokości ponad 90 m - rewelacja. Obóz rozbiliśmy właśnie pod tym wodospadem. Co jutro przyniesie dzień będzie zależało od pogody bo czarne chmury znów pojawiły się na niebie.

 FOTKI

 

 

 

5 dzień*********************

 

   Znowu leje - co za pech. Czerwiec chyba nie jest najlepszym miesiącem na wypady w te rejony. Trudno się mówi i jedzie się dalej. W strugach deszczu mkniemy do Secel gdzie zaparkowaliśmy. Jemy nareszcie wypaśny obiadek. Ładujemy się do bryki i mykamy pod Pop Ivana (1940 m) - gdzie poszukiwać zamierzamy polskich śladów na jego szczycie. Znajdują się tam ponoć budzące szacun ruiny polskiego obserwatorium astronomicznego. Droga z Repedea do podnóży Pop Ivana stanowi niezłe wyzwanie dla samochodu. Wyryp totalny - trasa którą nie pogardziliby żaden rasowy terenowiec. Pogoda koszmar - hektolitry wody leja się nam na głowy. Mgła, brak oznakowań, strumienie płynące droga. Tak wyglądała nasza próba zdobycia szczytu. Jednak Pop Ivan wygrał :-( - zdrowy rozsadek nie pozwalał nam kontynuować podejścia. Mogło by się to skończyć w najlepszym przypadku wylądowaniem w wieczornym menu misia. Ale nie darujemy tego szanownemu Ivankowi. Wrócimy tu jeszcze z łopatami i skrócimy go o metr. Wracamy do domku – jutro szalejemy po winnicach Tokaja.

Jak się później okazało coś z naszym przewodnikiem nie tak bo na szczycie tego Pop Ivana nie ma obserwatorium :-)

 FOTKI

 

 

 

 

 

6 dzień - powrót *********************

   W drodze powrotnej małe zwiedzano słynnego Tokaja z zaliczeniem szczytu nad tym miastem oraz rewelacyjny zameczek Boldogko Vara. Droga minęła nam bezproblemowo  - cały czas rozważaliśmy tematy na wypady w przeszłości.

 FOTKI

 

******************************************************************************

*********************************************

*********************

*******

   Piątek 13. 06.2008 - co za data   - z grubsza spakowani - wyjazd dzisiaj wieczorkiem, aby po drodze się troszkę kimnąć i rano na miejscu (okolice Borsy) szukać  parkingu na autko oraz wyruszyć w teren. Na miejsce mamy ok. 670 km. Najbliżej byłoby przez Ukrainę, ale łatwiej po UE dlatego lecimy  na Koszyce (SK),  Nirpazony (H), Santu Mare (RO) i wzdłuż Ukraińskiej granicy do celu.

*********************

    Przygotowania idą pełną parą do drugiej już wyprawy w dzikie rejony Rumunii.

*********************

   

   Rok temu śmigaliśmy po pięknych górach Karpat Południowych  - 

http://www.bikeholicy.pl/index.php/Strona_glowna/Inne_wyjazdy/Rumunia_2007_-_kraj_niemilknacych_klaksonow/

   

   W tym roku plan jest ambitny, albowiem planujemy przejechanie przez najwyższe partie Alp Rodniańskich (Muntii Rodnei) łącznie ze zdobyciem najwyższego szczytu tych gór Pietrosula (2303 m.). Również mamy w planie poszukać polskich korzeni w Górach Marmaroskich (Muntii Maramuresului).

    Nie będzie to łatwa wyprawa. Po pierwsze jedziemy przez jedna z najbardziej dzikich gór Rumunii, po drugie jedziemy w czerwcu gdzie natrafienie na ładną pogodę graniczy z cudem. Mam nadzieję,  że uda nam się zrealizować plan i uśmiechnięci wrócimy z wyprawy.

 

   

   W czasie tej wyprawy będziemy chcieli relacjonować nasze poczynania on-line. Bardzo wiele będzie  zależało jednak od zasięgu sieci komórkowej w tych terenach.

   

   W poniższym okienku będziemy informować o naszej pozycji. Telefon komórkowy będzie co 30 minut wysyłał i aktualizował naszą pozycję – oczywiście jeśli będzie zasięg

 


Run.GPS Community Run.GPS Mobile Sports GPS Software

   Jedziemy we dwójkę. Sprawdzony w boju team Cichy&Pasieczkin – hehe mam nadzieję, że trudy wędrówki nie spowodują, że wróci tylko jeden z nas bo charakterki mamy ciężkie :-)

 

Sprzęt:

 Będziemy pomykać na dwóch prawdopodobnie najlepszych rowerach świata – tj Santa Cruz  - Bullit – są one wprost stworzone do wędrówki w trudnym górzystym terenie.

Osprzęt:

 W terenie którym będziemy się poruszać wędrówka z sakwami nie miałaby sensu. Dlatego cały dobytek będziemy wozić na pleckach. Ilości gratów w związku z tym musimy ograniczyć do minimum. Wszystko bardzo lekkie i niezbędne. A więc letni śpiwór, namiot, lekkie jedzonko, kuchenka gazowa, kilka wdzianek, parę szpejów do ewentualnej naprawy sprzętu i to w zasadzie wszystko – jeśli będzie paskudna pogoda to już sobie współczuję :-)

Tak z grubsza wygląda mój plecak – jeszcze będzie dowieszony do niego kawałek namiotu. Nie wiem ile waży, ale na pewno powyżej 20 kg

Mapy:

  Zdobycie nowych map niektórych terenów w Rumunii jest prawie niemożliwe. Jeśli chodzi o Alpy Rodniańskie to nawet nie ma problemu można kupić węgierskie wydanie  Munti Rodnei:

  Mapy Gór Marmaroskich oraz Suhard będą raczej z poprzedniej epoki. Dzięki internetowi na szczęście do zdobycia.

  Oczywiście również posiłkować się będziemy najnowszą technologią GPS. Cichy ma zestaw map na swojego Garmina – ale znając życie papier to papier



Pasieczkin, 12-03-2010, ods�on: 5053
Komentarze
Sunny(13-09-2011, 03:50:03)
I thought finding this would be so arduous but it's a bzreee!
bvsklnjrhas(13-09-2011, 09:43:23)
zjhQVH rfvkrimnhdni
orqadp(14-09-2011, 12:30:20)
YJR6Q9 , [url=http://eycogvpnsvfs.com/]eycogvpnsvfs[/url], [link=http://epqtznapicbs.com/]epqtznapicbs[/link], http://heaoinczkecl.com/
jwbsjkzza(16-09-2011, 09:34:01)
MqBZI5 cwugoxkzssxh
gnbopmz(16-09-2011, 15:23:52)
TASJF3 , [url=http://riaesotaenop.com/]riaesotaenop[/url], [link=http://prcmdvrfnunp.com/]prcmdvrfnunp[/link], http://fjaqwjvfozrl.com/

Website engine's code is WebMan